Zachwyty
Czytam i oczom nie wierzę a mój mózg nie radzi sobie z przyswajaniem informacji wrzucanych na Facebooka czy inne media społecznościowe.
Czy to znaczy, że jestem „niepełnosprawna intelektualnie”? A może brakuje mi umiejętności czytania ze zrozumieniem?
Bo kiedy otwieram ekran, wylewają się z niego same zajebistości: eksperckie porady, niezliczone recepty na szczęście, na smutek, na sukces, na wszystko. I ludzie to łykają. Jak pelikany.
Wierzą, że każde słowo jest proroctwem. Że ktoś właśnie daje im złoty klucz do życia.
Przecież to takie kuszące: mieć gotowy przepis na szczęście, usłyszeć, co musisz zrobić, by wszystko zmieniło się na lepsze, schudnąć w miesiąc, zarabiać miliony od poniedziałku, mieć partnera, który kocha bez względu na wszystko i wielbi 24/7.
I pół biedy, jeśli w to uwierzymy, a jedyne, co się wydarzy, to… nic.
Nie schudniemy. Nie zarobimy. Nie odmienimy życia. A mąż nadal będzie uważał, że skoro powiedział raz „kocham”, to wystarczy na całe życie.
Gorzej, gdy odkrywasz, że za tą całą zajebistością czai się zwyczajna nijakość, a piękny opis okazuje się jedyną dobrą rzeczą w całej historii. Że polecany produkt nie tylko nie pomaga, ale potrafi wywołać skutki uboczne – czasami tak poważne, że mogą być nieodwracalne.
I wtedy co? Grzmieć? Ogłaszać wszem i wobec? Udowadniać światu, że to ściema? Czy schować złość w szafie i po prostu odpuścić?
Coraz częściej martwi mnie, że ci, którzy są opiniotwórczy i powinni stać na straży dobrych praktyk – choćby literackich – sami pozwalają na nijakość i przymykają oczy na błędy.
I tu pojawia się pytanie: jak w tym gąszczu wydawniczym wydobyć tytuły, które naprawdę są wartościowe? Już nawet nie perełki, ale książki przyzwoicie napisane i dobrze zredagowane.
Zatem może nie chodzi o to, by krzyczeć głośniej niż inni, ale o to, by patrzeć uważniej i wybierać świadomiej.
Bo kiedy odrzucisz hałas, migotliwe obietnice i papierowe zachwyty, zostaje to, co najważniejsze — słowo, które coś naprawdę niesie.
I może właśnie od tego zaczyna się dobra literatura.