Prezent
Widuję ją często. Małą dziewczynkę z warkoczykami.
Gdy mijam ją w drodze do rodziców, uśmiecha się do mnie delikatnie. Czasem mam wrażenie, że dostrzegam ją w tłumie ludzi, którzy zawsze się gdzieś spieszą — jakby za chwilę miał skończyć się świat. A ona idzie powolutku i bardzo uważnie rozgląda się dookoła, jakby kogoś szukała.
Słyszałam, jak mówią na nią: światełko w tunelu, promyk słońca, iskra rozpalająca życie, towarzyszka w podróży. Ale jej imię to Nadzieja.
Podobno ma dwie siostry — Wiarę i Miłość — choć chyba nigdy nie widziałam ich razem. Wiem jedno: w tej dziewczynce jest wielka siła, która nie niknie nawet wtedy, gdy wszystko inne umiera. A najbardziej zachwyca mnie w niej spokój, skromność i prostota. Choć jej moc jest ogromna, ona nie krzyczy o tym. Nie oznajmia całemu światu, że dała nadzieję kolejnemu człowiekowi.
Nie zobaczysz jej w mediach społecznościowych. Nie przeczytasz o niej na Pudelku ani na żadnym innym portalu.
Nie domaga się uwagi — wręcz przeciwnie. Cicho podąża obok, by w chwili zwątpienia, ogromnego lęku albo wtedy, gdy najbardziej chcesz zniknąć, wyszeptać: „Spróbuj raz jeszcze. To ma sens — nawet jeśli teraz tego nie widzisz.”
Nigdy nie słyszałam, by mówiła, że jest czegoś pewna w stu procentach — bo ona nie oszukuje. Jest iskrą do życia, ale nie pożarem. Czasem działa jak defibrylator, a czasem po prostu podaje rękę, gdy upadniesz.
Widzę ją także w najbliższych mi ludziach — w rodzinie, w przyjaciołach. Bywa uśmiechem, czułym przytuleniem, podarowaną książką, zaufaniem, wrażliwym słowem.
Jest zawsze gdzieś blisko. Tylko trudno jej przebić się przez chaos świata i jego głośność.
Ale gdy zatrzymamy się na chwilę i uważnie rozejrzymy, zobaczymy, że stoi tuż obok — gotowa podać nam rękę. Trzeba tylko się odważyć.
Życzę nam wszystkim, byśmy potrafili podarować sobie nadzieję — na dziś, na jutro, i na każdy kolejny dzień.