Ta strona używa cookies Google Analytics.
Czytaj więcej na policies.google.com

Czyli blog o tym, że kręgosłupowi moralnemu może czasem wypaść dysk.

Lista wpisów

Posiłek

Codzienność bywa trudna, gdy smutek ciąży niczym nadprogramowy bagaż. Ciągniesz go za sobą, bo jest przypisany do ciebie niemal jak numer PESEL. Rozpaczliwe próby odcięcia się od niego, wyrzucenia zbędnego balastu, kończą się fiaskiem, a ty zostajesz z kilogramami ciemnych myśli. Te zaś przyciągają, niczym magnes,  złość i irytację, które rozkręcają niezłą imprezę.

Zastanawiasz się co się wydarzyło. W głowie wiruje łańcuchowa karuzela, która nie chce się zatrzymać, a na zardzewiałych krzesełkach siedzą: Panowie Hasimoto i Lęk, Pani Klimakterium, Panie Panika i Irytacja i nieodłączna przyjaciółka – Złość. Cyrk na kółkach.

Jesteś zmęczona sobą tak bardzo, że widzisz tylko dwie opcje: zniknąć albo pozwolić sobie pomóc. Wybierasz tę drugą, bo wiesz, że życie nie jest okruchem do starcia ze stołu, tylko przepysznym posiłkiem, którym warto się delektować. Czasem pojawia się na nim pleśń, ale to nie oznacza, że nie możesz zmienić knajpy albo kucharza.

Więc idziesz do psychiatry. Wiesz, że nie jesteś wariatką, choć pewnie w oczach niektórych właśnie tak wyglądasz – z lekka niezrównoważona, zbyt spontaniczna, nadpobudliwa, chwiejna emocjonalnie, ciut za głośna (niczym basy w kinie domowym małżonka), pyskata (słowa mamy tłuką się w głowie od lat), niezdecydowana, pełna zazdrości, która oplata cię ciasno, i kompleksów. Nie do końca prawdziwa.

Ale tak bywa, gdy nie mieścisz się w oczekiwaniach innych i pozostajesz nieprzewidywalna. A z drugiej strony, jak łatwo słowem „wariatka” umniejszyć czyjeś emocje, lęki i wrażliwość.

Zatem idziesz do psychiatry. Snujesz swoją historię. Dostajesz leki. Szybko, treściwie, na temat. Może depresja. A może nie. A może trochę.

Zażywasz je powoli, dzień po dniu. Wiesz, że to nie tabletki na szczęście, ale liczysz, że czerń zblednie, karuzela zwolni, a twoim gościom się znudzi się ten cyrk. A może poczęstujesz ich tym spleśniałym posiłkiem i sami zmienią knajpę?

I w końcu nadchodzi ten długo wyczekiwany moment. Odnosisz sukces. Jest spokojniej, ciszej, wolniej. Z uśmiechem zaczynasz dzień, ze stoickim spokojem znosisz ludzką głupotę. Czujesz, że nawet mąż mniej cię denerwuje, choć ten akurat ma moce wytrącenia z równowagi nawet świętego. Może nawet swobodniej oddychasz?

Tylko jest jedno „ale” (no bo jakżeby mogłoby obyć się bez „ale”). Czujesz jakby otaczała cię mgła, w której pogubiły się emocje. Mniej czujesz. I chyba o to chodziło. Ale czy na pewno? Czy naprawę chcę czuć mniej?

Emocje, które noszę w sobie, składają się przecież na mój barwny obraz – pełen kontrastów, pęknięć i nieoczywistych połączeń. I choć było w nim ostatnio tak wiele ciemnych kolorów, to czerwień, żółć, zieleń, czy niebieski nadal miały swoje miejsce. A teraz wszystko jakby wyblakło. Jest bezpieczniej, ale też bardziej szaro. Ciszej, ale momentami pusto. I spokój trwa. Do momentu, aż zasnę.

Wtedy zaczyna się nocny przegląd filmowy: kino akcji, horrory, katastrofy, thrillery psychologiczne i dramaty. Tylko komedii jakoś brak. Wszystkie emocje zatrudniły się tam jako bohaterowie pierwszoplanowi. Gwiazdorzą, niczym celebryci z Pudelka – przerysowani i głośni.

Nie wiem, kto robił ten casting, ale jedno jest pewne: scenarzysta jest na ciągłym haju, a reżyser kompletnie oszalał.

Moje życie emocjonalne przeniosło się do krainy snów. A tam wszystko jest bardziej mroczne, wyolbrzymione a smutek potrafi usiąść na klatce piersiowej i jest ciężarem nie do uniesienia.

Nie wiem więc, co jest trudniejsze — chaos emocji czy cisza po nich.

Ale może właśnie gdzieś pomiędzy nimi ukryła się równowaga, która kiedyś zasiądzie ze mną do posiłku.