Podróż
Wygląda na to, że moje życie literackie trochę przybladło, odkąd biorę leki. 😊 Czy przestałam dostrzegać tematy? Czy nic mnie już nie porusza? A może zatraciłam umiejętność uważnej obserwacji świata? Albo wszystko naraz.
Wróciłam właśnie z długiej wyprawy. Bynajmniej nie w głąb siebie, bo tam ostatnio niewiele się dzieje. Była to rodzinna eskapada na północ.
Na pokładzie naszego samochodu – niby dużego – zgromadziliśmy się w czwórkę. My i nasze torby zajmowaliśmy już całkiem spory obszar (dobrze, że mieliśmy boks dachowy), ale na tym lista bagaży się nie kończyła. Trzeba było jeszcze zmieścić namioty, śpiwory, poduszki, lodówkę, jedzenie, przenośną baterię zasilającą, karimaty, stolik z krzesełkami, kawiarkę, kable do ładowania, koce… Wystarczy?
Boks dachowy połknął sporą część naszego dobytku, ale reszta znalazła swoje miejsce w bagażniku, między nogami pasażerów i pod siedzeniami. Kiedy małżonek przymierzał się do zapakowania fińskiej patelni o średnicy niemal metra, rozpoczęłam swoją pierwszą batalię. Niczym Rejtan wyraziłam stanowczy sprzeciw, bo nie byłam w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której naprawdę będzie nam potrzebna. Choć przyznaję, że wizja małżonka polującego na renifery i smażącego zdobycz na tej gigantycznej patelni miała w sobie coś kuszącego. 😊
Na szczęście udało mi się go przekonać, że tym razem damy sobie bez niej radę. Niestety nie ze wszystkim poszło równie dobrze. Lampka nocna pojechała z nami przez pół Europy tylko po to, żeby rozbić się tuż przed końcem wyprawy. Dodam jedynie, że na północy panował dzień polarny, więc nie była nam potrzebna ani przez minutę. 😊
Kiedy w końcu udało się wszystko dopchnąć i pozamykać – co, nie ukrywajmy, nie odbyło się w atmosferze bezgranicznej miłości – zasiedliśmy w wygodnych fotelach, które miały stać się naszym drugim domem przez trzy tygodnie.
Każdy z nas miał do dyspozycji niewiele ponad metr kwadratowy przestrzeni, a przed nami było ponad dziesięć tysięcy kilometrów drogi. Razem. Cały czas razem.
Bywa przecież tak, że nawet w naszym domu, gdzie każdy może zamknąć się we własnym pokoju, przechodzą rodzinne tornada. Możecie więc sobie wyobrazić, co czasami działo się w tej naszej czterokołowej klatce.
Kocham moją rodzinę. Bardzo.
Ale wiem też, że po takiej wyprawie każdemu z nas przydaje się chwila odpoczynku. Od siebie nawzajem. Od codziennego rozkładania i składania namiotów. Od śniadań i obiadów przygotowywanych na jednym palniku. Od północnego chłodu, wiatru na Nordkappie, złości na pogodę i… na samych siebie.
To jednak wcale nie znaczy, że ta wyprawa nie była warta każdej z tych emocji.
Bycie razem uczy więcej niż niejeden poradnik. Pokazuje, nad czym jeszcze warto popracować, gdzie kończy się cierpliwość, a gdzie zaczyna prawdziwa bliskość.
A to, co zobaczyliśmy i przeżyliśmy, było warte wszystkiego.
Wspólne zachody słońca. Niespieszna herbata nad jeziorem. Kanapki jedzone z widokiem na morze. Krajobrazy, które pojawiały się przed oczami i zostawały w sercu. Ekscytacja. Zachwyty. Wspólne krzyżówki. Gry.
I ta kawa z przelewowego ekspresu, w którym zbiłam dzbanek, a małżowinka niemal utopiła mnie w jeziorze. 😊 Ale jaka ona była pyszna, kiedy okazało się, że nawet bez dzbanka potrafimy ją zaparzyć.
Było też wspólne gotowanie norweskich i fińskich potraw. Magiczna wyspa, na której łapanie krabów i szukanie żab okazało się największą atrakcją świata.
Ta wyprawa była pełna wyborów i odpuszczania. Nie da się zobaczyć wszystkiego. Droga zawsze przynosi własne scenariusze i niespodzianki. Nie udało nam się zrealizować planu, który zakładał odwiedzenie dziesiątek miejsc. I dobrze.
Bo choć nie zobaczyliśmy wszystkiego, zobaczyliśmy to razem. A to okazało się ważniejsze niż plan, mapa i wszystkie odhaczone punkty na trasie.