Miłość
Urodziłam się, żeby żyć.
Urodziłam się, żeby kochać.
Urodziłam się, żeby umrzeć.
Nie wiem, czy w gwiazdach zapisano moje pojawienie się na świecie. Doszły mnie jednak słuchy, że moja babcia oponowała przeciwko powiększeniu rodziny. Jednak wbrew jej woli – a w tych czasach jej zdanie było niemal święte – rodzice zdecydowali się na jeszcze jedno dziecko.
I tak pojawiłam się ja – trochę nieplanowana, trochę wyproszona przez życie, a może po prostu potrzebna bardziej, niż ktokolwiek wtedy przypuszczał.
Swoją drogą myślę, że był to naprawdę odważny krok – w tamtych czasach sprzeciw babci mógł skutecznie zniechęcić, a jednak rodzice zdecydowali inaczej. Dali mi życie i czasem zastanawiam się, jakie mieli wobec mnie oczekiwania. Bo trudno mi uwierzyć, że nawet najbardziej świadomi rodzice nie snują dla swoich dzieci żadnych planów – nie wyobrażają sobie ich przyszłości, szczęścia, drogi zawodowej czy życia rodzinnego. Może widzieli mnie jako prawniczkę albo lekarkę? A może po prostu chcieli, żebym była szczęśliwa. Kto wie.
Życie jest procesem. Niektórzy nazywają go drogą, która prowadzi nas ostatecznie i tak do śmierci. Czy jej celem jest pozostawienie po sobie potomków, którzy pójdą dalej tą samą ścieżką. A może mamy wyryć jakiś ślad i niekoniecznie myślę o sentencji na nagrobku.
Jedno nie podlega dyskusji. Urodziłam się, by żyć. I urodziłam się, by kochać.
Nie wiem, kto nauczył mnie miłości ani kto mi ją pokazał. A może nie musiał – może dostałam ją od swoich przodkiń i po prostu się z nią urodziłam?
Kiedy jednak myślę o mojej babci Kasi – tej, która oponowała – mam poczucie, że jej samej tej miłości bardzo brakowało. Została oddana jako „zastępcza mama” dla dziecka z pierwszego małżeństwa mojego dziadka. Jakby była mniej ważna, mniej widoczna, mniej potrzebna światu. To bardzo smutna historia.
I wtedy pojawia się we mnie myśl – może przyszłam na świat po to, by kochać także za nie. Za moje babcie, prababcie, praprababcie.
Moje serce, choć nie zawsze utulone przez rodziców, jest pełne miłości do życia. Niezależnie od tego, jak trudną drogą czasem ono prowadzi. Wiem, że Mama i Tata kochali mnie bardzo mocno, choć okazywanie uczuć nie przychodziło im łatwo. Dziś, gdy ich pamięć wymazuje wspomnienia, emocje jakby wreszcie znajdują dla siebie miejsce.
Życie, w którym żyję, było i jest pełne uniesień i bolesnych upadków, wzruszeń i żalu, wstydu i odwagi. Ma w sobie momenty tak intensywne, że aż trudno je unieść – takie, które zabierają oddech.
Kiedy pojawiły się moje pierwsze ataki paniki, byłam przekonana, że to już koniec. Że umrę, dusząc się, łapczywie chwytając powietrze, prosząc o kolejny oddech. Każdy wydawał się tym ostatnim. A jednak nie umierałam. Pani Panika w końcu odpuszczała, pozwalając mi przeżyć kolejny dzień.
Takich małych śmierci było wiele, więc może rzeczywiście urodziłam się też po to, by czasem umierać.
I może właśnie dlatego w tym wszystkim najważniejsza jest miłość. To ona trzyma przy życiu, kiedy brakuje oddechu. To ona sprawia, że po każdym upadku chce się wstać jeszcze raz.
Może więc sens nie kryje się w tym, dokąd zmierzamy, ani co po sobie zostawimy. Może sens jest prostszy.
Urodzić się, żeby kochać.