Głód
Jestem głodna.
Ale nie brakuje mi pożywienia. Jem aż nadto. Można nawet powiedzieć, że jestem syta – bo moje ciało obudowałam warstwami, które mają chronić mnie przed niebezpieczeństwami. Jestem w gotowości do walki, do działania. Nie wiem, kiedy znów pojawi się potrzeba bycia opiekunką, troskliwą córką, ratowniczką. Nie wiem, kiedy znów coś mnie zaskoczy – choroba, zaburzenie, diagnoza. Dlatego trwam w pozycji stand by. A ona, choć cicha, nieustannie zużywa energię. Muszę więc ciągle dbać o swoje „pożywienie”.
To jednak nie głód chleba sprawia, że wewnątrz mnie coś wciąż woła. To inny rodzaj pustki – głód, którego nie zaspokoi żaden talerz. Głód równowagi i harmonii. Głód bezpieczeństwa i chwili bez oczekiwań. Głód spokoju.
Czy to oznacza głód życia? A może po prostu apetyt na życie? Oj nie. Głód życia to dla mnie ogromne pragnienie doświadczania, ciągłej drogi i poszukiwań – bo bez tego człowiek czuje się niepełny. Apetyt na życie jest lżejszy – to radość smakowania codzienności, ciekawość świata, pragnienie próbowania nowych rzeczy. I on mi często towarzyszy.
Ale dziś najbardziej potrzebuję czegoś innego – uspokojenia chaosu myśli i boksujących się emocji. Bo zbyt wiele niepewności kłębi się wokół mnie, zbyt wiele pytań bez odpowiedzi, a do tego te wykrzykniki, wielokropki i niedomknięte sprawy. Prawdziwy huragan. Marzę, by choć na chwilę uciszył się ten wewnętrzny zgiełk, a zamiast niego pojawił się prosty, czysty oddech.
Może najwyższy czas na zmianę diety. Zamiast karmić się niepokojem i lękiem trzeba wybierać spokój, równowagę i to, co daje siłę.