Boję się
Lęk towarzyszy mi od dawna — właściwie od pokoleń. Mam poczucie, że odziedziczyłam go po swojej mamie, babci i prababci. Każda z nich nosiła w sobie ogrom niepokoju, który potrafił urastać do niebotycznych, wręcz apokaliptycznych rozmiarów. Czarnowidztwo było u nas na porządku dziennym.
Mama zawsze widziała nas ginących w wypadkach samochodowych, atakowanych przez obcych, zagrożonych chorobami. Martwiła się każdym moim wyjazdem, nawet tym najkrótszym — z punktu A do punktu B w obrębie Krakowa. Babcia również miała w sobie dużo lęku, choć pamiętam z tego mniej, bo jako dziecko byłam głównie skupiona na tym, że mnie nie lubiła. Nie zauważałam wtedy innych aspektów naszej relacji.
Przejęłam to wszystko — cały ten niepokój, które one nosiły w sobie. Nigdy nie przecięłam tej pokoleniowej nici strachu. Moja lista lęków zmienia się z wiekiem i w wielu sprawach jestem odważniejsza: nie boję się już smutku, bycia samej ze swoimi myślami, mówienia o potrzebach, wyznaczania granic czy konfrontacji. Oczywiście, nadal jest tu dużo do zrobienia, ale widzę postęp.
Jednak lęki o moich najbliższych potrafią przybierać rozmiary całych apokalips. To już nie są zwykłe katastroficzne sceny. To monumentalne wizje, których sama czasem nie potrafię pojąć. Zdarza się, że nie mogę uwierzyć, jakie obrazy tworzy moja własna głowa. A gdy dodać do tego sny, to mam wrażenie, że żyję, niczym w lunaparku, w domu strachów. Co ciekawe część lęków niepostrzeżenie przybyło do mego życia wraz z pojawieniem się moich córek. Wtedy zaczęłam się też bać latać samolotami. Właściwe ten lęk nie dotyczy samego lotu, ale łączy się z moim wielkim strachem przed śmiercią.
A boję się jej. I próbuję ją oswajać, ale przyznaję, że ciężko mi idzie. I nie wiem co mnie w niej najbardziej przeraża. Z jednej strony to myśl, że moje największe miłości, czyli moje córki zostaną bez mojego wsparcia, pomocy – ale czyż to nie zbyt narcystyczna myśl?
Ale bardziej boję się chyba tego, że już nigdy nie zobaczę ich uśmiechu. Nie dotknę w przytuleniu. Nie oswoję ich lęków. Nie będę mogła z czułością patrzeć, jak pięknymi duszami, jak niezwykłymi kobietami się stają. I choć doskonale wiem, że mnie po prostu nie będzie to ten lęk jest paraliżujący. Bywa, że próbuję go od siebie odepchnąć , a innym razem staram się go zrozumieć – powoli. I czasem się udaje, ale po chwili znów wszystko wraca.
Ale coraz częściej myślę, że to nie chodzi o to, żeby przestać się bać, ale o to, żeby nauczyć się żyć obok tego lęku. Nie pozwolić mu prowadzić mnie za rękę, ale też nie udawać, że go nie ma.
I próbuję wierzyć, że z czasem nauczę się patrzeć na śmierć jak na coś, czego po prostu nie znam, a nie jak na koniec wszystkiego, co kocham. Że pewnego dnia ta myśl przestanie mnie paraliżować. Że nauczę się oddychać trochę lżej. I że nawet, jeśli lęk nigdy nie zniknie całkiem, to ja nauczę się być większa od niego.
Ps. A to, że się boję odejścia tych, których kocham, to zupełnie osobna historia, która ciężko opowiedzieć, bo słowa nigdy nie oddadzą tego co czuję.