Ta strona używa cookies Google Analytics.
Czytaj więcej na policies.google.com

Czyli blog o tym, że kręgosłupowi moralnemu może czasem wypaść dysk.

Lista wpisów

Baśń

Nie mam pojęcia, za iloma górami mieszkała moja bohaterka. Jedno jest pewne – gdzieś był jej dom. Bynajmniej nie mała chatka na skraju lasu ani zamek na szczycie góry. Tu wskazówka: wygląda na to, że nie była księżniczką.

Jak to w baśniach bywa, w jej życiu pojawiało się mnóstwo magicznych istot, towarzyszących jej w walce z demonami. Bo przecież walczyła ze złem (także jak w baśniach bywa), więc – jak łatwo się domyślić – reprezentowała jasną stronę mocy.

Kimże zatem była?

Prostą dziewczyną o wielkim sercu. Czy to oznaczało, że nie mieściło się ono w jej klatce piersiowej? Uspokajam – anatomicznie wszystko było w porządku, choć kiedyś pewna znachorka dostrzegła w nim jakieś szczeliny. Do dziś jednak nikt nie ma pewności, czy nie nadużywała alkoholu i czy jej diagnozy nie były jedynie wynikiem halucynacji.

Znam jej imię, ale pisanie o dziewczynie o wielkim sercu brzmi bardziej tajemniczo i baśniowo, więc niech zostanie po prostu Dziewczyną.

Jej życie było pasmem – chciałoby się napisać sukcesów i zwycięstw – ale to nie ta historia. Owszem, była ważnym elementem swojego świata, bo urodziła się z sercem, które bardzo mocno kochało. To właśnie ono pozwalało jej walczyć ze złem, które panoszyło się wszędzie.

Nie było miejsca, w którym jego wysłannicy nie szydziliby z empatii, nie negowali dobroci, nie kwestionowali szczęścia i nie namawiali do życia wyłącznie dla siebie, bez oglądania się na innych. Sączyli w uszy cudowne wizje idealnego życia. Warunek był jeden: musisz być sam, by otrzymać te dobra.

Musisz zadbać o siebie. Siebie. Siebie.

Dziewczyna wiedziała, że ta cudowna wizja potrafi omamić każdego. Nie złoto czy diamenty były tu największą pokusą, lecz życie dla siebie, a nie dla innych.

Dobrze brzmi, prawda?

Warto zaznaczyć, że Dziewczyna od dziecka słyszała, iż musi dbać o innych. Jej Babcia była Szeptuchą, więc nie mogła przeciwstawić się żadnemu jej słowu. Bała się też rzucenia klątwy, choć podejrzewała, że babcia i tak już coś namotała nad jej kołyską.

Słuchała więc babcinych porad i uwag, które ukształtowały jej przekonania – głównie o niej samej. Wiedziała, że musi być grzeczna, miła i pokorna. Nie wychylać się. Walczyć ze złem. Słuchać mądrzejszych.

Ponieważ nie należała do najpiękniejszych – a wręcz przeciwnie, jej ciało posiadało rozliczne rozrosty i przerosty – Babcia radziła jej, że jeśli chce być choć trochę lubiana i akceptowana, musi się do wszystkich dostosować i nikomu nie może robić przykrości.

I to Dziewczyna zapamiętała doskonale.Wrosło to w nią tak mocno, że aż zintegrowało się z jej ciałem. Nawet gdy inna Szeptucha przejęła stery, a Babcia odeszła do krainy pożegnań, nic się w jej podejściu nie zmieniło.

Dbała o każdy detal życia innych. Odnajdywała ich zagubione dusze, cerowała serca, przyklejała plastry na zranienia, pomagała nosić bagaże. Planowała, rozmawiała, pocieszała, słuchała.

Była. Zawsze. Ale czy zawsze chciała? Doskonałe pytanie.

Odpowiedź mogłaby być jak piękne zakończenie baśni: tak! A jej starania zakończyłyby się happy endem. Spotkałaby królewicza, on – nie zważając na jej pochodzenie – zakochałby się w jej sercu i żyliby długo i szczęśliwie.

Ale nasza baśń ma inne zakończenie, więc musicie jeszcze chwilę poczekać.

Z czasem Dziewczyna zaczęła dostrzegać, że bycie grzeczną i cichą wcale nie przynosi jej korzyści. Bycie dobrą dla każdego napotkanego osobnika – nawet zupełnie obcego – nie skutkuje dobrem z jego strony.

Nie umiała sobie z tym poradzić, bo przekonania namotane przez Babcię-Szeptuchę wrosły nie tylko w jej skórę, lecz także w jej serce. Serce, które biło coraz szybciej i mocniej. Dziewczynie wydawało się, że coraz trudniej jej oddychać. Dusiła się niewypowiedzianymi słowami. Krępowały ją myśli nieuczesane. Wariowała z niepokoju.

I chyba najgorsze było to, że nie miała odwagi poprosić o pomoc żadnej z nadprzyrodzonych istot. Wiedziała przecież, że każdy ma swoje zadania do wykonania i nie należy mu zawracać głowy.

Więc jej samotne, lecz przepełnione miłością serce w końcu pękło.

Ot, chwila nieuwagi – i było po wszystkim.

I proszę. Nie wszystkie baśnie muszą kończyć się happy endem. W końcu to nie komedie romantyczne. Andersen – jakby nie patrzeć – uśmierca biedną dziewczynkę z zapałkami i jakoś musimy z tym żyć.

Tak więc i serce mojej bohaterki pękło.

Miało do tego prawo.

Bo nadmiarem miłości także można sobie – i innym – wyrządzić krzywdę.